...W drodze do szkoły strasznie zaczęła boleć mnie głowa. Czasem tak miałam, ale tym razem ból był dwa razy mocniejszy, nie do wytrzymania. Zamknęłam oczy, wzięłam głęboki oddech i zaczęłam odliczać od dziesięciu do zera. Nie pomogło, przed moimi oczami ukazał się pewien obraz, tak jakby sen na jawie. Jestem pewna, że każdy widok mogę zapomnieć, ale nie ten. Znak? Ale od kogo? Boga, zgłupiałam już do reszty, widzę zmarłych i w dzień powszedni myślę o Bogu. Próbowałam pozbyć się z pamięci widoku twarzy kobiety, która zabiła się na moich oczach. A ja wyławiałam ją z wody, później trzymałam jej dłoń. Udało mi się, jeszcze oddychała. Ale kiedy przyjechała karetka kobieta padła trupem. Cholera jasna. Nie zapomnę na długo jej twarzy, tego miejsca, tego co miała wtedy na sobie, jej oczu, tamtego pomostu i drogi do niego, tej tafli wody, drabiny, karetki i lekarzy, którzy wtedy przyjechali. Obudziłam się w szpitalu, poznałam jednego lekarza, był z mojej wizji, tylko nieco starszy. Czyżby to wszystko wydarzyło się naprawdę. Nie umiałam sobie tego wszystkiego racjonalnie wytłumaczyć.
- C-c co się stało? Gdzie jestem? Co ze szkołą, mam dzisiaj bardzo ważny tekst -Rozejrzałam się po sali segregacji, znajdowałam się w pobliskim szpitalu, nie chciałam tutaj być, nie lubię szpitali. Pracują tutaj osoby niedoświadczone, którym nie leży na sercu los innych, są tutaj tylko i wyłącznie aby zarobić jakieś marne grosze, tak na prawdę nie zależy im na tym aby ludzie, którzy tutaj trafiają wyzdrowieli.. Znam to, ostatnimi czasy trafił tutaj mój dziadek, był ciężko chory miał guza mózgu, nie zdołali go uratować. Nawet nie próbowali. On walczył, walczył do końca.. W pewnym momencie gwałtownie zerwałam się ze szpitalnego łóżka i zaczęłam krzyczeń wniebogłosy, nie wiedziałam co się ze mną dzieje, czułam się tak jakby opętał mnie szatan.
- O nic się nie bój kruszynko, jesteśmy tutaj aby Ci pomóc. - Starszy mężczyzna z mojej wizji odezwał się do mnie. Wyglądał na miłą osobę, była to pierwsza i ostatnia chyba osoba tutaj, która zrobiła na mnie dobre wrażenie. Biła od niego dobroć, tak jakby był aniołem i został zesłany tutaj na ziemię aby się mną zająć. Miał siwe,zadbane włosy i śmieszny wąs, przypominał nieco dżdżownicę. - Na prawdę to dla twojego dobra, nikt Ci nie chce zrobić krzywdy, młoda kobieta zadzwoniła po nas, powiedziała, że znalazła Cię na drodze, przy ruchowej autostradzie, leżałaś nieprzytomna..
- .. Czy ja mam raka? - Przerwałam lekarzowi, nie chciałam umierać. Bałam się, nie chce umierać tak jak dziadek, chce umrzeć śmiercią naturalną.. Przede mną było jeszcze tyle życia, nigdy nie miałam chłopaka, prawdziwej przyjaciółki.. Ta chce żyć. W tej samej chwili poleciały mi słone łzy z oczu. - Proszę niech mi pan powie jestem gotowa na najgorsze. - Mężczyzna nic nie odpowiedział, parsknął tylko śmiechem i wyszedł.
Rozdział II
W końcu weekend. Okazało się, że nic mi nie jest. Byłam przemęczona, za dużo ruchu za mało snu oraz jedzenia. Starszy lekarz zapisał mi witaminy, które muszę brać przez pewien czas. Wróciłam do domu, bardzo się cieszę. W końcu czuję, że żyję. A-ale tęsknie za tatą.. Nie widziałam go od wielu miesięcy.. Tak bardzo chciałabym choć na moment móc się do niego przytulić, poczuć jego zapach, dotknąć. Serce mi się kraje jak widzę małe, szczęśliwe dzieci biegające po osiedlu, a tuż obok nich tatuś obserwuje ich każdy ruch, troszczy się o nie, czemu ja tak nie mogę mieć.. Tak bardzo mi tego brakuję.. Otworzyłam jak codzień pamiętnik Katherine Johnson, musiałam się czegoś o niej dowiedzieć, może będzie napisane gdzie mieszka. Ktoś z moich znajomych musi ją znać. Myśl Rose, myśl.
21.06.1890r
Prywatne zapiski Katherine Johnson
"Scarlett gdzie jesteś? Minęło już tyle czasu, a ja nadal nie mogę się pozbierać. Nikt nic, nie wie. Czemu milczą? Nie opuszczę Anglii dopuki, doputy Cię nie odnajdę, nawet jakbym miała skonać, nie odpuszczę. Za bardzo Cię kocham.."
- Ciekawe czy się odnalazła. Biedna, mała Scarlett. Ludzie są podli, jak można zrobić takie coś drugiej osobie. Ja tego nie rozumiem. -odłożyłam pamiętnik, nie mogłam dalej tego czytać, mimo tego, że znałam cały dziennik na pamięć nie mogłam teraz zaprzątać sobie tym głowy, musiałam zająć się sobą.. Z dołu usłyszałam krzyk starszej kobiety. Rose, Rose Any Mallory na dół [..]. Mama, jak zwykle w odpowiednim momencie sobie o mnie przypomina.
-Mamy dla Ciebie z babcią niespodziankę, na twoje piętnaste urodziny. Zapisałyśmy Cie do szkoły z internatem "School Marii Katherine" w miasteczku Bakewell obiecuję Ci, że będzie fajnie. - Mama patrzyła się na mnie z litością w oczach, chciała się chyba pozbyć mnie z domu, najwidoczniej sprawiałam jej wiele kłopotów i miała mnie dość. Po chwili jednak wtrąciła.. - Ale oczywiście jesli nie chcesz, możesz dalej chodzić do tej szkoły, pomyslałyśmy jednak z babcią, iż tak będzie dla Ciebie lepiej.
-Co miałam robić? Widze przecież, że nie chcą mnie w domu. Musiałam się zgodzić, może to sprawi, że przesanę myśleć o Scarlett i tej całej chorej historii. - Bardzo się cieszę mamo, dziękuję wam. Zawsze o tym marzyłam - Wtrąciłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz